niedziela, 31 stycznia 2016

Zapach frytek, trawy i kiełbasek... (Stoke on Trent cz.1)


Ponoć praca tutaj jest parszywa, fabryki i magazyny (warehouses) to główne miejsca pracy imigrantów i lokalnej masy robotniczej. Obsługa masowej konsumpcji na linii pakowniczej wielkich sprzedawców (bo produkcja to raczej w Chinach itp.). Niby trochę życie znam, a jednak na każdy niemal fordowski system powtarzalnej pracy w silnie zhierarchizowanym środowisku reaguję skojarzeniem z Auschwitz.  Nie ma to nic wspólnego z Zagładą, chodzi przecież o obóz koncentracyjny, obóz pracy i "życie" w nim, który w pewnym sensie jest Weberowskim typem idealnym dla wysoko zbiurokratyzowanego systemu pracy totalnej. Ta klisza instytucji totalnej przez którą zdarza mi się patrzeć na życie robotników jest być może niesprawiedliwa, ale uwydatnia silne powinowactwo między kapitalizmem a kontrolą. Dzienne normy, zakaz rozmów (walka z próżniactwem społecznym), "źli" i "dobrzy" menadżerzy i ludzie całymi dniami sortujący nieprzebrany napływ przedmiotów materialnych od skarpetek po meble... No cóż jak tu nie mieć skojarzeń. No i żeby nie było, sama z chęcią się takiej pracy podejmę, bo mam swoje cele, a środkiem jest praca w hiperkapitalistycznym, ale silnym państwie, satysfakcji nie będzie, ale  za to jaka efektywność.



Do tego te identyczne domki i sieci sklepów. Rozrywka na wymiar kinoplex i wodny świat. Przygnębiająca jest ta jednorodność ludzi i krajobrazu.Czasem się znajdzie coś uroczego, są też parki i kanały, a ja wyciągam pochopne wnioski po zobaczeniu zaledwie jednego z 6 miasteczek składających się na "aglomerację" Stoke'u. Na prowincji zawsze czuję się, jak zamknięta w obcym świecie i szczerze nie robi mi różnicy, czy to Stoke on Trent, czy Wodzisław Śląski. Czy ktoś wie czemu kontrkultura, albo już chociaż kultura nie dociera do relatywnie mniejszych miast? Czy to zbyt ostra krytyka? Zobaczymy, na razie dzięki Ci ludzkości za Internet, ebooki  i wyjątkowych ludzi w zupełnie nie nadzwyczajnych miejscach.



czwartek, 17 września 2015

Wypadki

Regularnie trafiam na pogotowie w sprawie: dość pilnej i wymagającej specjalistycznej opieki, a jednak bezsprzecznie głupiej i póki co na szczęście błahej. Do moich wyczynów należą:
  • upadek z 2 piętra autobusu (double decker w Manchesterze)
  • wciągnięcie kolczyka do nosa przez nos w ataku histerycznego płaczu (można? można!)
Pracownicy ostrych dyżurów są jednak wyraźnie odporni na takie "możliwości", a wynika to z tego, że ludzkie "przypadki", które do nich trafiają  (szczególnie nocą)  prezentują szeroką gamę zdolności, osobiście spotkałam np.
  • mężczyznę, którego przejechał pociąg, bez żadnej szkody dla jego dobrostanu, no może poza nagłym nieszczęściem otrzeźwienia
  • rowerzystę, który był o centymetr od zgilotynowania się (również w stanie nietrzeźwym)
Ja swoje wypadki zaliczam na trzeźwo, bo doping jest  mi w tej kwestii zupełnie nie potrzebny. Jednak pomimo lekkiego wstępu, chciałam w tym wpisie podzielić się swą głęboką niechęcią do instytucji ostrego dyżuru i braku wzruszenia, poruszenia, empatii, szacunku, komunikacji itd. który tam niepodzielnie PANUJE. Nota bene nie mam bynajmniej na myśli jedynie polskich jednostek ratunkowych, bo doświadczyłam siedzenia na hali osób czekających na swoją kolej w bólu tak wielkim, że jeśli nie płakali to np. samo-leczyli się alkoholem w Manchesterskim szpitalu.

Moja rada na ostry dyżur weź ze sobą bliską osobę, która nie jest w bólu, strachu i stresie, która ma duże zdolności komunikacyjne, wielką cierpliwość, jest asertywna i przebojowa. W innym przypadku trzeba być przygotowaną/ym na poniżanie, głośne dyskutowanie diagnozy i innych prywatnych informacji, czekanie do grobowej deski, niewiedzę, nudę, opary absurdu. Generalnie doświadczenie promujące uważność - bo nikt nie chce wracać na izbę przyjęć!




niedziela, 24 sierpnia 2014

Co to znaczy wojna światowa?

Z okazji wojny* (wyrażenie konflikt zbrojny wydaje się eufemizmem, choć słowo wojna też jest jakoś nie na miejscu, to je preferuję używając go za komentatorkami/ami oraz działaczami/kami praw człowieka z Ukrainy) na Ukrainie przewija się groźba konfliktu na dużą międzynarodową skalę. Czy w europejskiej podświadomości czai się przekonanie, że wcześniej czy później nastąpi III Wojna Światowa? Osobiście przez całe dzieciństwo byłam przekonana o logicznej powinności nastąpienia kolejnej wojny i bałam się trochę, że nie zdążę dorosnąć zanim się zacznie. 

W Polsce II Wojna Światowa jest wiecznie aktualna, czczona, dyskutowana, odczarowywana i odpamiętywana. Obchodzimy mniej lub bardziej okrągłe rocznice Powstania w Gettcie i Warszawskiego, rozpoczęcia i zakończenia wojny oraz wielu innych symbolicznych dat z nią związanych. Nawet I wojna przypomniała nam się z okazji 100 rocznicy jej wybuchu* (a może należy brać za nie odpowiedzialność i przestać mówić tym biernym językiem zamiast potocznego już wybuchu zacząć używać wywołania). Dialog polsko-żydowski oraz rozliczenia z antysemityzmem niestety rzadko sięgają pamięcią dalej niż do czasu okupacji. Można u nas komuś wypomnieć dziadka z Wermachtu, a de facto warto i trzeba przypominać o tym czemu tacy dziadkowie i pradziadkowie nie są rzadkością. Powstają nowe pomniki i miejsca pamięci, pisane są nowe książki ("Warszawa 1944. Tragiczne powstanie" Alexandra Richie). Odpamiętywane są losy kobiet (gwałty, życie obozowe, kobiety żołnierki, pierwszy obóz jeniecki dla kobiet), cywilów (rzeź Woli), Porajmos (Holocaust Sinti i Roma).

Nie spotkałam się jednak z dyskusją na temat rzekomej światowości Wielkiej Wojny oraz jej następczyni. Choć inne regiony świata były na różne sposoby zaangażowane w te historyczne wydarzenia i nie wątpliwie cierpiały ich skutki (choć czasem mogły być one dla nich pozytywne), jednak europocętryczność nazewnictwa oraz głębokiego przeświadczenia o ich przełomowym charakterze dla historii świata jest niewątpliwa. Nie mam przez to na myśli, że zupełnie nie trafna poznawczo, od wieków średnich po drugą Wojnę Światową świat do pewnego stopnia kręcił się w okół Europy (nota bene jest to dla mnie od zawsze kontr-intuicyjne, że nazwy kontynentów mają prawo do dużej, a świat jedynie do małej litery). W narracji historycznej przewrót kopernikański byłby równy wylaniu dziecka z kąpielą, jednak opowieści z poza centrum wydają się dziś nie tylko interesujące, ale niezbędne dla zrozumienia zglobalizowanego świata.

W systemie edukacji przed-uniwersyteckiej wcale nie jest łatwo o zapoznanie się z ponadeuropejskim  kontekstem I i II Wojny, począwszy od wiedzy o frontach z poza naszego kontynentu, po globalne konsekwencje wojen mamy raczej do czynienia z wiedzą dodatkową, dla uczniów, co najmniej bardzo dobrych, a raczej celujących, niż z wiedza powszechną. Co innego kiedy my dyskutujemy z osobami innych narodowości, centralność, nie Europy nawet, ale często samej Polski przebija się do narracji najbardziej nawet uwrażliwionych na różnorodność osób. W globalnym świecie warto przemyśleć sposób nauczania historii, tak jak zaczęliśmy zastanawiać się nad jej powszechnością na skali klas i grup społecznych, tak przyjrzeć się jej światowości. A z bardziej aktualnych kwestii może wybuchu wielonarodowego konfliktu trzeba się obawiać, nie tylko za każdym pomrukiem imperialnego lwa ze wschodu Europy, może rozegra się ona (miejmy nadzieję, że nie) na znacznie ważniejszych dla współczesnego świata kontynentach Azji, Ameryki Południowej, czy Afryki.